Pisałam, pisałam i... nie weszło. Z tym internetem wiecznie są jakieś szopki. Nie było nic interesującego do przekazania. Kolano boli, ale po 2 zastrzykach blokujących - mniej. Natomiast mam dostać 3 zastrzyki z kwasu hiurylinowego (chyba coś przekręciłam) i... nie ma szans na uspokojenie bólu na dłuższą metę. Na blogu jonapot prowadzę batalię n.t. żarcia - kładę kierownictwu do głowy, że winna nas żywić odpowiednio do wieku i chorób, nie dzieląc na jedzenie normalne i dietetyczne. Wszyscy winni być na diecie i dostawać mniejsze porcje, ale jadalne, a nie kupę zimnych kartofli , łyżkę jakiejś jarzyny , kawałek mięsa , zamiast sporo jarzyn, mało kartofli... Zdaje mi sie, że tylko przysporzę wrogów i guzik załatwię.
Nie wiem dlaczego nie działa poprawnie ani nastawsianie rodzaju, ani rozmiaru, ani koloru czcionki. Której bym nie wciskała - stale pokazuje się ten - tzn, mały i czarny.
Święta za pasem a ja ich wcale nie oczekuję. Tu odizolowana od świata i ludzi, mogę co najwyżej pisywać notki do blogów i czekać na następny dzień.
Pozbyłam się wszystkich "przyjaciółek" od siedmiu boleści, właściwie nie wiem po co istniały - żadna nie była na poziomie, a ja wiecznie wysilałam sie, żeby im dogodzić. Cóż, na skłonie życia zaznałam już wszystkiego złego.
Najbardziej mnie tu zaskoczyły, negatywnie, ta psycholożka od siedmiu boleści, która, jak sie okazało, nieprzychodziła do mnie z życzliwości , ale słżbowo ! Ludzkie pojęcie przechodzi ! A gówniara, z którą w ogole nie miałam n ic wspólnego, a którą obdarzyłam prezentami, okazała sie byż moją recenzentką. Kto ją upowaznił - nikt się do tego nie przyznał. Nawypisywała jakieś niebotyczne bzdury, określając mnie: egocentryczką (żadnego przykładu nie podała, bo nie miała), chwiejną emocjonalnie. (także bez dowodów), depresyjna (którą w ogóle nie jestem), a nadto dementywna (tu już smiech na sali - jedyna pisząca w internecie, majaca 5 blogów, pisząca sensowne i rozważne pisma urzędowe ityp.), roszczeniowa (nigdy o nic, poza absolutnie koniecznymi usługami ,nie proszę), ale za to: kulturalna, miła, nie sprawia problemów wychowawczych, co jest juz kompletnym ewenementem, żeby taki prymityw miał czelność coś takiego w ogóle umieszczać w moich aktach, o których istnieniu dowiedziałam się przez przypadek. Zażaałam od MOPS - ustawy o pomocy społecznej, m.in domów opieki i tam dowiedziałam się, że przysługuje podopiecznym opiekunka piewszego kontaktu. Ta, która sie zgłosiła, nie powiadomiła mnie o tym, a przejęła jej funkcję, właśnie ta idiotka (musiała otrzymać od kogoś placet) i nawypisywała kompletnych idiotyzmów, które do mnie pasują, jak pięść do nosa. Pokazała mi w końcu te teczkę ta pierwsz i wyczytałam wszystko, lącznie z wpisami psyc holożki, która nie mogła nie wiedzieć, co ta "pisarka" umieszcza na mój temat. Kiedy zrobiłam raban, ta dotychczasowa "przyjazna" pani psycholog (po kursach) wzięła stronę tej kretynki, widocznie broniąc własnej skóry. Skończyło się przchodzenie do mnie w celach szpiegowskich. Ona wpisując się ze swej strony określiła mnie despotką (jak nia mogę być zamknięta w czterech ścianach, nie mająca styczności właściwie z nikim, poza przynoszącymi żarcie i krótkimi rozmowami z paroma osobami), wywlokła moje zwierzenia o staraniu się o odszkodowanie, napisała też, że jedynym moim zajęciem , jest internet. Skąd wie, kiedy przychodziła raz na kilka tygodni, a czasem krócej, ale tylko po to, by poinstruować mnie w technice internetwej.
No, rozgadałam się n.t nie związany z świętami, które będą bardzo prozaiczne. Przyjdzie złożyć życzenia pan kierownik z kilkoma osobami na dyżurze, kolację wigilijną zjem sama, bo nie schodzę do stołówki, zreszta tak, jak od lat.
Dogorywam. Czuję się źle, coraz gorzej i nie mogę z sobą poradzić. wysilam się pisząc swoje przeżycia na blogu od 1,5 roku. Tu jestem już 2,5 roku. Czas leci, a życie się kończy. Oby bezboleśnie.
Jutro 1 listopada - wspomnienia o zmarłych. Jest ich sporo - Mama, siostra, koleżanki, koledzy, siostrzeniec... Ostałam jeszcze w wieku 80 lat. Umysł, poza pomentami braku refleksu, jakoś pracuje. Prowadzę blogi, piszę w miarę interesująco i płynnie - nie mam tu umysłowego przestoju. Gorzej ze zdrowiem - ciągle coś dodatkowego, poza głownymi dolegliwościami : nadciśnieniem, cukrzycą (wreszcie lekarka dobrała mi odpowiedni lek i cukier spadł znacznie), niedoczynnością tarczycy - do nich doszlusowuje - kolano nie do naprawy, ciagły ból od niemal roku, zaliczonych bez sensu i powodzenia na naprawę uszkodzenia - pięciu (!) ortopedów, od 10 dni zapalenie halluxa z obrzekiem całej stopy i ciągła ospałość, zmęczenie... Nie mam ani chwili, by odetchnąć, poczuć sie normalnie. A niech to licho ! Dobrze chociaż, że jeszcze mam forsę, czuję się z tym komfortowo, nie wiem na jak długo. Ciecior odpadła - bardzo szybko i skutecznie. Po prostu nie zadzwoniła po ostatnim moim telefonie, kiedy zachowała sie skandalicznie. "Przepraszam, ale muszę skończyć rozmowę, Zbyszek odlewa kartofle..." Tak ? No, to OK. I koniec. Nie wiem, czy ona czekała, że ja znów się odezwę ? Niby po co ?
I tak, nasza znajomość, bo na pewno nie przyjaźń z jej strony, po 60 latach ustała... tak, jak z Alką. Obie są siebie warte - egocentryczki, wyrachowane i fałszywe. Zawsze coś ukrywały, nigdy nie były szczere, tylko ja, durna, z otwartym sercem i gębą - jak zwykle , wychodząca na tym jak Zabłocki na mydle.. Cóż, wolę samotność, niż udawane kumplostwo.
Musik, niebawem doszlusuję do umarłych. Szkoda, że się nie spotkamy, nie wierzę w życie pozagrobowe i spotykanie się dusz... Pa, kochanie. Śpij swoim snem wiecznym. Wysłałam forsę na kwiaty dla Ciebie. Kocham Cię, Musik i brak mi Ciebie bardzo.
Nie wiem, jak korzystać z tych blogów. Na interii poruszam sie już dobrze, ale w myspocie , czy mylogu jakoś nie umiem sie odnależć. Chciałam wlepić zdjęcie i się nie udało. Yu nie ma jak je odnależć.
Zerwałam z Cieciorem (moja wieloletnia kumpela, którą tak nazwałam jeszcze w szkole i ta ksywka pozostała do dziś, czyli 60 lat), bo to taka wygodnisia, że kiedy ja dzwonię , to łaskawie odbiera telefon, ale ostatni przerwała w pewnym momencie, mówiąc: przepraszam, ale Z. , czyli mąż odlewa kartofle, co oznaczało, że musze skończyć rozmowę. Skończyłam i odtąd nie zadzwoniłam (minęło kilka tygodsni), a ona nie raczyła oddzwonić, nawet przeprosić za to, że dla głupich kartofli nie poświęciła mi jeszcze kilka minut... Im to na rękę - nie musza już sie mna przejować, wysłuchiwać moich zwierzeń, bo im (koleżankom) wystarczą partnerzy lub rodzina. Mnie one nigdy nie były potrzebne - w sensie obiektów do rozmów , bo same nie zwierzały się, albo nie umiały prowadzić dialogów, albo , jak M. przekrzykiwała i miałyamnie za idiotkę, chociaż sama , lekarka, z ogólna wiedzą miała problemy.
Nie wiem, czy jest sens prowadzić ten blog, skoro jest płatny, a ja miałam zamiar przedstawiać swój życiorys - dłuuugi...
Nie wiem dlaczego nie ujawniają się te znaki, które naciskam. Daję duże litery, a wychodzą małe... wciskam na kolor czertwony, a pojawia się czarny...
spać mi się chce, a nie mogę, bo ciśnienie nie daje mi zasnąć, a jutro wybieram się rano z Wandą na zakupy i muszę być o poranku gotowa do wyjazdu. Właściwie nie mam planów zakupowych, ale chcę wyruszyć z tych 4 ścian. Kiedy ja nie dzwonię do Cieciora - ona wcale się nie kwapi do wykręcenia mego numeru i nie przejawia chęci do rozmowy. Właściwie to jest mi ona obojętna, ale to jedyna pozostala z moich koleżanek do kontaktu - przynajmniej telefonicznego. Reszta ma mnie w nosie, a ja ich... Piszę byle co, by zechciało mi się na tyle spać, bym kładąc się do łóżka - zasnęła...